← Wszystkie teksty
Artykuł badawczy · część piąta

Anatomia luki

Afera reprywatyzacyjna w Warszawie: jak brak ustawy oddał kamienice w złe ręce

Warszawska afera reprywatyzacyjna nie wzięła się ze złego prawa. Wzięła się z jego braku — z trzydziestu lat, w których kolejne rządy nie uchwaliły ustawy, bo była za droga. Rachunek i tak przyszedł. Tylko zapłacili go inni ludzie i trafił do innych rąk.

Wrzesień 2026 · czas czytania ok. 30 minut
Część 5 z 8 · seria polityczna. Nie musisz znać poprzednich części. Gdy tekst nawiązuje do czegoś z innej części, przy pojęciu jest numerek — najedź na niego albo go stuknij, a zobaczysz krótkie wyjaśnienie.

Kamienica przy ulicy Hożej 25A w Warszawie. Roszczenia do niej kupiono za pięćdziesiąt złotych. Następnie zażądano od miasta pięciu milionów odszkodowania.

To nie jest anegdota ani przesada. To sprawa, od której komisja weryfikacyjna zaczęła swoją pracę. Osoba, która stała za tą transakcją, miała prawa do kilkudziesięciu warszawskich nieruchomości, kupowane za kwoty od stu do tysiąca złotych.

Pierwsza reakcja na taką liczbę to pytanie: kto na to pozwolił? To pytanie jest naturalne i prowadzi w złą stronę. Właściwe brzmi inaczej: dlaczego to było legalne?

Bo było. Przez większość tego okresu handel roszczeniami nie łamał żadnego przepisu — z prostego powodu, że nie istniał przepis, który by go regulował.

Rozdział pierwszySkąd wzięły się roszczenia

26 października 1945 roku wydano dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze miasta stołecznego Warszawy — potocznie dekret Bieruta. Na jego mocy wszystkie grunty w przedwojennych granicach stolicy przeszły na własność miasta.

Skala jest trudna do wyobrażenia. Według Hanny Gronkiewicz-Waltz jedynie około 15 procent przedwojennej Warszawy było we władaniu publicznym — cała reszta to była własność prywatna.

Cel dekretu był realny: miasto leżało w gruzach i nie dało się go odbudować, negocjując osobno z każdym z dziesiątek tysięcy właścicieli, z których wielu nie żyło. Formalnie dekret dotyczył gruntów, ale w praktyce przejmowano również kamienice.

Po 1989 roku zostało po tym dziesiątki tysięcy roszczeń: dawni właściciele, ich spadkobiercy, spadkobiercy spadkobierców — a także grunty, których właściciele zginęli w czasie wojny i nigdy nie zostali formalnie uznani za zmarłych.

Ten problem miała rozwiązać ustawa reprywatyzacyjna. Nie rozwiązała, bo jej nie ma.

Rozdział drugiDwadzieścia podejść i jedno weto

To jest sedno całej sprawy, a mówi się o tym najmniej, bo nie ma w tym dramatu — jest tylko trzydzieści lat niczego.

Próby uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej w III RP
odrzucone w I czytaniu
7
utknęły w komisjach
8
wycofane przed pracami
4
uchwalone i zawetowane
1

Jedyna ustawa, która przeszła całą drogę legislacyjną, powstała za rządu Jerzego Buzka i została uchwalona w marcu 2001 roku. Przewidywała zwrot nieruchomości pozostających w zasobie Skarbu Państwa oraz bony reprywatyzacyjne o wartości połowy wywłaszczonego majątku.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski ją zawetował. Argumentacja: budżetu na to nie stać, a kryteria wyceny majątku są nieprecyzyjne. Wskazywał również, że lepszą drogą do odzyskiwania bezprawnie znacjonalizowanych majątków są sądy.

Kolejne podejścia były i kolejne padały. W 2009 roku Ministerstwo Skarbu przygotowało projekt świadczeń pieniężnych, który świadomie pomijał roszczenia warszawskie. W 2016 roku weszła w życie tak zwana mała ustawa reprywatyzacyjna, przyjęta u schyłku rządów PO-PSL. W październiku 2017 Patryk Jaki przedstawił założenia dużej ustawy reprywatyzacyjnej — koniec zwrotów w naturze, rekompensaty pieniężne rzędu 20 procent wartości, liczone od wartości z dnia nacjonalizacji, zakaz zwrotów na reaktywowane przedwojenne spółki. Ustawa nie została uchwalona.

Polska jest jedynym państwem postkomunistycznym, które nigdy nie rozwiązało ustawowo kwestii zwrotu przedwojennej własności.

Dlaczego to się nie udało — i dlaczego to nie jest wina jednej partii

Argument przeciw był zawsze ten sam: to za drogie. Szacunki mówiły o kwotach rzędu 75–100 miliardów złotych, przy czym część projektów dotyczyła wyłącznie Warszawy, co natychmiast uruchamiało pytanie, dlaczego podatnicy z całego kraju mają płacić za stolicę.

Ten argument jest merytorycznie mocny. Pieniędzy rzeczywiście nie było, a każda z tych kwot oznaczałaby rezygnację z czegoś innego.

Ma jednak jedną wadę, którą widać dopiero z perspektywy trzydziestu lat: brak ustawy nie usunął kosztu. Przesunął go — z budżetu państwa na miasto, na lokatorów i na przypadek. Roszczenia i tak były realizowane, tylko nie według reguł ustalonych przez parlament, lecz sprawa po sprawie: przez urzędników i sądy, bez jednolitych kryteriów, bez limitu i bez kontroli tego, kto właściwie jest beneficjentem.

Tak samo było ze zbiornikami przeciwpowodziowymi.1 Unikanie kosztu nie sprawia, że koszt znika. Sprawia, że przychodzi później, w gorszej formie i pod cudzym adresem — a odpowiedzialność za niego rozmywa się między kilkoma kadencjami.

Rozdział trzeciJak działała maszyna

W pustkę prawną weszli ludzie, którzy potrafili ją odczytać. Techniki były trzy.

Technika pierwsza: handel roszczeniami

Kupowano od spadkobierców — często zupełnie nieświadomych wartości tego, co sprzedają — ułamkowe udziały w prawach i roszczeniach do nieruchomości. Za symboliczne kwoty. Następnie nabywca występował o zwrot nieruchomości lub o odszkodowanie w pełnej wysokości.

Hoża 25A: pięćdziesiąt złotych, żądanie pięciu milionów. Jak to podsumowała jedna z dziennikarek badających sprawę — wystarczyło kupić cząstkę praw, żeby powalczyć o całą kamienicę.

Technika druga: metoda na kuratora

Ta jest najbardziej ponura i warto ją zrozumieć dokładnie.

Szukano przedwojennego właściciela, wobec którego nie istniał akt zgonu. Było to częste w przypadku warszawskich Żydów, którzy zginęli podczas Zagłady — nikt nie wystawiał aktów zgonu w getcie ani w obozie.

Brak aktu zgonu oznacza formalnie domniemanie, że osoba żyje. Skoro żyje, a nie ma z nią kontaktu, sąd może ustanowić kuratora do zarządzania jej majątkiem. Kuratorem bywała osoba powiązana z nabywcami roszczeń, czasem zarejestrowana w raju podatkowym. Na podstawie decyzji sądu kurator dysponował nieruchomością, a ratusz zwracał ją na tej podstawie.

Tak postąpiono między innymi z działką przy Pałacu Kultury o przedwojennym adresie Chmielna 70 — nazywaną najdroższą działką w Polsce, wycenianą najpierw na około 70, a później na około 160 milionów złotych.

Skala absurdu, którą warto nazwać wprost

W wielu przypadkach kurator był ustanawiany dla osoby, która — gdyby faktycznie żyła — miałaby dziś dobrze ponad sto lat. Sądom to wystarczało. Nie dlatego, że sędziowie działali w złej wierze, tylko dlatego, że przepis o kuratorze nie przewidywał takiego zastosowania i nie zawierał żadnego mechanizmu, który by je blokował.

To jest najczystszy przykład tego, o czym jest ten tekst: nie złamano prawa, tylko użyto instytucji prawnej wbrew jej sensowi, korzystając z tego, że nikt nie przewidział, iż ktoś tak zrobi.

Technika trzecia: reaktywacja przedwojennych spółek

Odnajdywano dokumenty przedwojennych spółek akcyjnych, formalnie je „ożywiano” i występowano o zwrot ich dawnego majątku. Skutki dotykały nie tylko miasta — mieszkańcy osiedli spółdzielczych na warszawskiej Woli dowiadywali się, że grunt pod ich blokami ma nowego właściciela, który proponuje im dzierżawę.

Kto za to płacił

Nie miasto — przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Płacili lokatorzy. Ludzie mieszkający w komunalnych kamienicach od pokoleń budzili się z nowym właścicielem, który podnosił czynsze wielokrotnie — co bywało nazywane „urealnieniem” — i robił wszystko, żeby budynek opustoszał. Praktykę tę nazwano czyszczeniem kamienic.

Jolanta Brzeska

Lokatorka kamienicy przy ulicy Nabielaka 9, zwróconej prywatnemu właścicielowi, współzałożycielka Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Sprzeciwiała się eksmisjom i była jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób broniących lokatorów.

1 marca 2011 roku jej spalone ciało znaleziono w Lesie Kabackim. Sprawa do dziś nie została wyjaśniona; śledztwa wielokrotnie umarzano i wznawiano. Nie wiadomo, kto odpowiada za jej śmierć ani czy miała ona związek z reprywatyzacją — i uczciwość wymaga, żeby tego nie przesądzać.

Jej nazwisko stało się symbolem tej sprawy i to akurat jest zrozumiałe.

Rozdział czwartyKto zawinił — odpowiedź niewygodna dla obu stron

Publiczna wersja tej historii jest partyjna: jedni mówią, że to afera Platformy i ratusza Hanny Gronkiewicz-Waltz, drudzy — że PiS zrobił z niej narzędzie kampanii. Dokumenty pokazują coś mniej wygodnego.

Zwroty trwały od 1990 roku, czyli od początku III RP, przez rządy wszystkich kolejnych opcji. Do czerwca 2016 roku zwrócono w Warszawie 4157 nieruchomości. Ustalono przy tym — i to jest fakt, nie ocena — że za prezydentury Gronkiewicz-Waltz częstotliwość zwrotów wzrosła.

Ale mechanizm był administracyjny i sądowy, a nie rządowy. Decyzje wydawał ratusz i sądy, więc dzika reprywatyzacja działa się równolegle do tego, kto akurat rządził w Warszawie i w Polsce.

Najmocniejszy dowód na to, że to nie jest historia partyjna, leży w nazwiskach beneficjentów.

Urzędnik ratusza kierowanego przez PO i urzędniczka ministerstwa. Oba środowiska miały swoich beneficjentów, bo luka nie sprawdzała legitymacji partyjnej.

Rozdział piątyKomisja weryfikacyjna, czyli narzędzie z wbudowaną wadą

W 2017 roku powołano komisję weryfikacyjną do spraw reprywatyzacji warszawskich nieruchomości — organ z uprawnieniami komisji śledczej i dodatkowo prawem uchylania decyzji zwrotowych oraz przyznawania odszkodowań. Przewodniczył jej najpierw Patryk Jaki, potem Sebastian Kaleta.

Co osiągnęła. Wydała setki rozstrzygnięć — do listopada 2019 roku ponad 110 decyzji, a w sprawach odszkodowawczych 278 decyzji dotyczących 361 osób, na łączną kwotę bliską 9 milionów złotych dla mieszkańców. Odzyskała dla miasta kwotę rzędu 20 milionów. Przede wszystkim zaś opisała mechanizm — publicznie, z dokumentami. Spraw takich jak Noakowskiego 16 przez lata nie próbował rozwikłać żaden organ państwa. Dopiero komisja je prześwietliła.

Gdzie utknęła. Tu zaczyna się część, która dużo mówi o działaniu polskiego państwa.

2017–2019
Komisja uchyla decyzje ratusza. Ratusz zaskarża decyzje komisji do sądów administracyjnych — złożono około 260 sprzeciwów. Prezydent Warszawy nie stawia się na posiedzeniach; komisja wnioskuje o jej ukaranie.
2019
Po dwóch latach: żadnej kamienicy objętej postępowaniem nie udało się doprowadzić do jednoznacznego stanu prawnego. Ratusz zarzuca komisji, że rzadko rozstrzyga sprawy merytorycznie, a najczęściej przekazuje je do ponownego rozpoznania prezydentowi miasta — czyli temu samemu organowi, który wydał zakwestionowaną decyzję.
2022
Wojewódzki Sąd Administracyjny uchyla decyzje komisji w sprawie Chmielnej 70. W sierpniu tego samego roku NSA uchyla cztery wyroki WSA i oddala skargi na decyzje komisji, orzekając, że sama umowa cywilnoprawna nabycia roszczeń nie tworzy interesu prawnego w postępowaniu administracyjnym.
2024–2026
NSA potwierdza uchwałą, że nabywcy roszczeń dekretowych nie przysługuje przymiot strony w postępowaniu o ustanowienie użytkowania wieczystego. W marcu 2026 uchyla kolejne cztery wyroki WSA.
2024–2025
Komisja, powołana jeszcze za rządów PiS, odbywa 24 posiedzenia i wydaje 43 decyzje uchylające lub stwierdzające nieważność decyzji prezydenta Warszawy. Koszt jej funkcjonowania w tych dwóch latach to ponad 8,5 miliona złotych. Następnie posiedzenia ustają, a członkowie nadal pobierają wynagrodzenia rzędu 11–13 tysięcy złotych miesięcznie.

Wbudowana wada

Komisja miała problem, którego nie dało się usunąć jakością jej ustaleń.

Za komisją

Bez niej mechanizm nie zostałby opisany. Żaden inny organ przez ćwierć wieku nie zbadał tych spraw. Ustalenia dotyczące handlu roszczeniami i kuratorów zostały później potwierdzone linią orzeczniczą NSA — czyli sąd najwyższej instancji przyznał rację co do meritum.

Przeciw komisji

Powstała w trakcie sporu politycznego, jej przewodniczący był jednocześnie kandydatem na prezydenta Warszawy przeciwko urzędującej ekipie, a rozprawy transmitowano. Organ, który jednocześnie orzeka i prowadzi kampanię, traci wiarygodność jako organ — nawet gdy ma rację.

To jest ważna lekcja i nie dotyczy tylko tej sprawy: forma dochodzenia prawdy wpływa na to, czy prawda zostanie przyjęta. Ustalenia komisji były w dużej mierze trafne i w dużej mierze odrzucone przez połowę kraju, bo przyszły w opakowaniu kampanii wyborczej.

Rozdział szóstyRozdzielenie

Ta sprawa wymaga jednej kategorii więcej niż poprzednie.

Kategoria zerowa — zaniechanie ustawodawcy
Rozproszone na trzydzieści lat i kilkanaście rządów
  • Brak ustawy reprywatyzacyjnej mimo ponad dwudziestu prób, przy udziale wszystkich kolejnych większości parlamentarnych.
  • Weto z 2001 roku — jedyna decyzja w tej sprawie, którą da się przypisać jednej osobie i dacie.
  • Brak przepisu blokującego ustanawianie kuratora dla osoby, która musiałaby mieć ponad sto lat.
  • Brak regulacji obrotu roszczeniami dekretowymi — kwestii rozstrzygniętej dopiero przez NSA, dekady po fakcie.
Kategoria pierwsza — struktura
Zostaje niezależnie od ludzi
  • Rozproszenie decyzji między ratusz, sądy powszechne, sądy administracyjne i kuratorów — bez organu odpowiedzialnego za całość.
  • Asymetria interesów: nabywca roszczeń ma motywację i prawników, lokator nie ma ani jednego, ani drugiego.
  • Kadencyjność: koszt uchwalenia ustawy byłby natychmiastowy i ogromny, a korzyść rozłożona na dekady — czyli dokładnie ten układ bodźców, przez który Polska trzydzieści lat czekała na elektrownię jądrową.2
Kategoria druga — zaniedbanie instytucji
Da się wskazać urząd i okres
  • Brak systemowego nadzoru nad reprywatyzacją w warszawskim ratuszu — zarzut komisji dotyczący lat 2007–2016.
  • Wieloletni brak jakiejkolwiek reakcji państwa na sprawy opisywane wcześniej przez media.
Kategoria trzecia — działanie indywidualne
Część rozstrzygnięta, część nie
  • Wykorzystywanie instytucji kuratora wobec osób zmarłych podczas Zagłady.
  • Zwroty na rzecz urzędników zajmujących się reprywatyzacją i osób z nimi powiązanych.
  • Czyszczenie kamienic — podnoszenie czynszów i wypychanie lokatorów; część spraw zakończyła się w sądach, część nigdy nie doczekała się kwalifikacji prawnej.

Rozdział siódmyCzego rozstrzygnąć się nie da

Ile to wszystko kosztowało. Nie istnieje wiarygodny łączny rachunek. Znamy pojedyncze liczby — 38 milionów jednego odszkodowania, 160 milionów wartości jednej działki, ponad 4 tysiące zwróconych nieruchomości — ale nikt nigdy nie policzył całości, bo koszty rozłożyły się na miasto, Skarb Państwa, lokatorów i przypadkowe strony postępowań.

Kto odpowiada za śmierć Jolanty Brzeskiej. Nie wiadomo. Śledztwa trwają i są umarzane od kilkunastu lat.

Czy ustawa z 2001 roku byłaby dobra. To scenariusz kontrfaktyczny. Wiemy, że jej brak okazał się kosztowny. Nie wiemy, ile kosztowałaby ona sama ani jakie stworzyłaby własne patologie — bo każda ustawa je tworzy.

Gdzie kończy się spryt, a zaczyna przestępstwo. To jest realny problem prawny, nie wykręt. Kupno roszczenia za 50 złotych było umową cywilnoprawną, zawartą przez dorosłych ludzi, formalnie ważną. Dopiero NSA orzekł, że taka umowa nie daje nabywcy pozycji strony w postępowaniu administracyjnym — ale orzekł to po dekadach, a prawo działa naprzód, nie wstecz.

ZakończenieCena nierobienia

W marcu 2001 roku argument przeciw ustawie brzmiał: państwa na to nie stać.

Ćwierć wieku później mamy odpowiedź na pytanie, co się dzieje, gdy państwo uznaje, że nie stać go na uporządkowanie czegoś trudnego. Rachunek nie znika. Rozprasza się.

Zapłacili go lokatorzy wyrzucani z mieszkań. Zapłaciło miasto, wypłacając odszkodowania bez ustawowych limitów. Zapłacił Skarb Państwa. A trafił w dużej mierze nie do dawnych właścicieli ani ich rodzin — tylko do ludzi, którzy kupili cudzą krzywdę po pięćdziesiąt złotych za sztukę.

Państwo nie uniknęło kosztu. Uniknęło tylko decyzji o tym, komu ten koszt przypadnie — i przez to przypadł najsprytniejszym.

Jeśli z polskiej polityki wynika jedna reguła, która daje się zastosować do wielu spraw naraz, to ta: nierozstrzygnięcie sprawy nie jest neutralne. Zbiorniki przeciwpowodziowe, których nie zbudowano przed powodzią w 2024 roku, elektrownia jądrowa, której przez trzydzieści lat nie zaczęto, nadzór nad służbami specjalnymi, którego nie wprowadzono nawet po aferze Pegasusa, ustawa reprywatyzacyjna, której nie uchwalono — to nie są puste miejsca. To są decyzje, tylko podjęte przez nikogo i nieprzypisane nikomu.

I to jest, jak sądzę, najtrudniejsza rzecz do wytłumaczenia w polityce. Bo za złą decyzję można kogoś rozliczyć. Za brak decyzji rozliczyć się nie da — nie ma podpisu, nie ma daty, nie ma nazwiska. Jest tylko rachunek, który przychodzi po latach, do kogoś, kto nawet nie wiedział, że go zaciągnięto.


AneksŹródła

Stan wiedzy: wrzesień 2026. Postępowania sądowe dotyczące poszczególnych nieruchomości oraz sprawy karne przeciwko uczestnikom obrotu roszczeniami nadal się toczą. Ustawa reprywatyzacyjna nie została uchwalona.

Części poprzednie: „Anatomia władzy”, „Anatomia zaniechania”, „Anatomia podsłuchu”, „Anatomia koncernu”.

  1. Zbiorniki przeciwpowodziowe — zbiorniki w Kotlinie Kłodzkiej powstały dopiero 24–26 lat po powodzi z 1997 roku, a części planowanych nie zbudowano wcale. Koszt (wysiedlenia, protesty) był natychmiastowy i spadał na konkretne rodziny, a korzyść była odległa i statystyczna. Szerzej: „Anatomia zaniechania”.
  2. Elektrownia jądrowa — budowę w Żarnowcu przerwano w 1990 roku i przez trzydzieści lat nie powstał żaden reaktor. Elektrownia to inwestycja na 15–20 lat od decyzji do prądu, a kadencja Sejmu trwa cztery. Rząd, który poniesie koszt decyzji, nie przetnie wstęgi — nagrodę zbierze następca. Szerzej: „Anatomia władzy”.
← Poprzednia częśćAnatomia koncernu

Czytaj dalej

Politykapojedynczy tekst

Karol Nawrocki: fakty, zarzuty i jego prezydenckie weta

Anatomia weta

Kim jest Karol Nawrocki, co w jego przeszłości jest faktem, a co tylko zarzutem, i czy czterdzieści pięć zablokowanych ustaw to strategia, odruch, czy coś pomiędzy.

25 min czytaniaCzytaj →